Wiele razy w życiu miałam okazję przekonać się o tym, że "niebezpiecznie jest wierzyć w to, że coś trwa wiecznie". Po raz pierwszy mocno i boleśnie utwierdził mnie w tym rozwód rodziców, ale mniejsze rozczarowania miały miejsce już wcześniej. Nawet moja mama bez przerwy powtarza, że mam przedziwnego pecha do ludzi, bo wszyscy prędzej czy później (zwykle prędzej) ode mnie uciekają. Widocznie nie zyskuję przy bliższym poznaniu.


W tej całej marności zawsze pozostaje mi jedno. To coś, co nigdy się nie zmienia; to coś, co zawsze trwa, niezależnie od wszystkiego. Nawet Floydzi pytali: "What shall we use to fill the empty spaces where we used to talk?". A ja odpowiadam: tego, co się kocha. Dla mnie jest to bezsprzecznie muzyka.

Im gorzej jest, tym więcej słucham. Inaczej nie potrafię, bo cisza wyciska ze mnie potoki łez. Teraz słucham bez przerwy. 
Nawet stare, poczciwe "Hello? Is there anybody out there?" nie może pomóc, bo nie ma nikogo, kto byłby gotów usłyszeć te słowa. Nikogo nie ma w domu, nikogo nie ma nigdzie. Pozostała tylko samotność, stara przyjaciółka.

Widziałam dziś, dobrze po dwudziestej, pewne małżeństwo. Wyglądali na ponad siedemdziesiąt lat. Siedzieli na przystanku, ona na jego kolanach, i zanosili się śmiechem. Pomyślałam sobie - lifegoal. Szkoda, że nieodłączny komponent mojego lifegoala postanowił, że ma jednak inne cele w życiu i że te cele niekoniecznie wymagają mojej obecności.

Chętnie zwędziłabym Snape'owi trochę skrzeloziela. Bo trudno tak żyć bez powietrza, gdy Twoje życiodajne drzewo uzna, że znudziła mu się symbioza i właściwie poradzi sobie samo. 

Może i nic dziwnego w tym, że wszyscy sobie idą? Kto przy zdrowych zmysłach z własnej woli znosiłby wybryki osoby, która w jednym zdaniu odnosi się do kilku utworów, literackich i nie tylko, i liczy, że wszyscy te aluzje wyłapią?

Just nod if you can hear me.