Lubię przeszłość, naprawdę. Świadczy o tym chociażby to, jak często czytam swoje stare blogi i pamiętniki, czy też sięgam po przeczytane już wiele razy książki. Z serialami jest podobnie. Na przełomie późnej podstawówki i wczesnego gimnazjum miałam swoich ulubieńców, którzy do dziś mają specjalne miejsce w moim sercu, nie tylko dlatego, że ukształtowały nastoletnią mnie, ale też dlatego, że za każdym razem odnajduję w nich coś nowego, coś zaskakującego.
Nie tak dawno, bo nie więcej niż dwa tygodnie temu, powróciłam po raz trzeci czy czwarty do "Radiostacji Roscoe" (kto nie zna, niech pozna). I tym razem nie było inaczej, bo elementy zupełnie inne niż poprzednio przykuły moją uwagę. A jednemu z nich, chyba w dobie moich rozważań natury różnej najistotniejszemu, poświęcę ten post.
Nie będę wnikać w zawiłości samej fabuły, bo ten, kto będzie chciał, sam się w nie zagłębi. Rzecz w tym, że byli sobie Lily i Ray, przyjaciele od dziecka, którzy za nic w świecie nie mogli się ze sobą zejść, choć tak naprawdę oboje do tego dążyli. Klasyk. Mniej klasyczne jest odkrycie, którego dokonała Lily, a które to uświadomiło jej, kto tak naprawdę ma swoje miejsce w jej sercu.
"Do ciebie dzwonię najpierw" - te słowa (mniej więcej) stanowiły odkrycie dziejowe, które zatrzęsło światem Lily i Raya. Moim chyba trochę też. Już spieszę z wyjaśnieniem.
Nie raz i nie dwa razy w życiu przytrafiają nam się różnego rodzaju sytuacje, lepsze i gorsze, ale to akurat bez znaczenia. Człowiek to zwierzę stadne, a w dodatku długojęzyczne i za nic nie usiedzi cicho w obliczu sensacji. Po prostu musi się nią z kimś podzielić. Ale z kim? No właśnie.
Wyobraźcie sobie, że właśnie stało się coś niesamowicie dobrego (bądźmy raz dla odmiany optymistami). To może być co tylko chcecie, cokolwiek tak naprawdę się dla Was liczy. Do kogo dzwonicie?
Ja niestety tej odpowiedzi udzielić nie mogę. Chciałabym, serio. Mogę powiedzieć jedynie, do kogo nie dzwonię, bo nie wypada. Taka smutna rzeczywistość.
A smutna dlatego, że takie wnioski wyciągnęła Lily. Do Raya zawsze dzwoniła najpierw. To on był dla niej zawsze na pierwszym miejscu, a to już o czymś świadczy. O czymś naprawdę szalenie ważnym.
Gdzieś obok tego dzwonienia jest coś jeszcze. Jest zawiść.
Nie wiem, być może to ja jestem zła do szpiku kości. Być może to dla mnie Belzebub szykuje teraz osobny kocioł. Jak by nie było, widzę w sobie całe zło tego świata, dosłownie wszystkie przywary ludzkie. Zawiści z tej nieszczególnie godnej podziwu listy wykluczyć niestety nie mogę. Jeśli mi na czymś zależy, ale tak naprawdę, nawet przyjaciołom nie życzę dobrze. No, może nie do końca. Życzę im dobrze, ale byle nie lepiej ode mnie. Dziecinne to strasznie, wiem.
A jednak jest ktoś, czyje sukcesy naprawdę szczerze mnie cieszą, nawet jeśli są większe od moich. A może zwłaszcza wtedy? No a chyba jeśli jest ktoś, kto sprawia, że Twoje ego jakoś tak przestaje w ogóle mieć znaczenie... To prawdopodobnie coś jest na rzeczy. I to coś całkiem dużego.
Wnioski z tego wszystkiego są dwa.
Po pierwsze: to, co w serialach jest dziecinnie proste, w prawdziwym życiu czasem okazuje się niemożliwe, bo ogranicza nas całe mnóstwo czynników, na czele z podjętymi wcześniej, niekoniecznie trafnymi decyzjami. Albo całkiem nietrafnymi.
A po drugie? Oto, co po drugie:
Chyba trochę się duszę. Chyba nawet na pewno.
Chciałabym w życiu być choć w połowie tak mądra, jak w sercu.
Nie raz i nie dwa razy w życiu przytrafiają nam się różnego rodzaju sytuacje, lepsze i gorsze, ale to akurat bez znaczenia. Człowiek to zwierzę stadne, a w dodatku długojęzyczne i za nic nie usiedzi cicho w obliczu sensacji. Po prostu musi się nią z kimś podzielić. Ale z kim? No właśnie.
Wyobraźcie sobie, że właśnie stało się coś niesamowicie dobrego (bądźmy raz dla odmiany optymistami). To może być co tylko chcecie, cokolwiek tak naprawdę się dla Was liczy. Do kogo dzwonicie?
.
.
.
tu macie czas na odpowiedź
.
.
.
A smutna dlatego, że takie wnioski wyciągnęła Lily. Do Raya zawsze dzwoniła najpierw. To on był dla niej zawsze na pierwszym miejscu, a to już o czymś świadczy. O czymś naprawdę szalenie ważnym.
∞∞∞
Gdzieś obok tego dzwonienia jest coś jeszcze. Jest zawiść.
Nie wiem, być może to ja jestem zła do szpiku kości. Być może to dla mnie Belzebub szykuje teraz osobny kocioł. Jak by nie było, widzę w sobie całe zło tego świata, dosłownie wszystkie przywary ludzkie. Zawiści z tej nieszczególnie godnej podziwu listy wykluczyć niestety nie mogę. Jeśli mi na czymś zależy, ale tak naprawdę, nawet przyjaciołom nie życzę dobrze. No, może nie do końca. Życzę im dobrze, ale byle nie lepiej ode mnie. Dziecinne to strasznie, wiem.
A jednak jest ktoś, czyje sukcesy naprawdę szczerze mnie cieszą, nawet jeśli są większe od moich. A może zwłaszcza wtedy? No a chyba jeśli jest ktoś, kto sprawia, że Twoje ego jakoś tak przestaje w ogóle mieć znaczenie... To prawdopodobnie coś jest na rzeczy. I to coś całkiem dużego.
∞∞∞
Wnioski z tego wszystkiego są dwa.
Po pierwsze: to, co w serialach jest dziecinnie proste, w prawdziwym życiu czasem okazuje się niemożliwe, bo ogranicza nas całe mnóstwo czynników, na czele z podjętymi wcześniej, niekoniecznie trafnymi decyzjami. Albo całkiem nietrafnymi.
A po drugie? Oto, co po drugie:
Chyba trochę się duszę. Chyba nawet na pewno.
Chciałabym w życiu być choć w połowie tak mądra, jak w sercu.
TAGS :

0 comments