Jeśli słucham "High Hopes" Pink Floyd to znaczy, że nie jest wcale, ani trochę dobrze. Tak wpatruję się w tę nieszczęsną okładkę i wpatruję... I nic. Jak zwykle zresztą.
Horacio Quiroga w swoich wskazówkach dotyczących pisania zalecał, żeby poczekać, aż opadną emocje i dopiero wtedy łapać za długopis, czy (bardziej współcześnie) klawiaturę. I może miał rację, bo tak siedzę i siedzę, nieskończenie wzburzona, a myśli nie chcą przybrać pożądanej formy, takiej przelewalnej na papier. 

Do niedawna myślałam sobie, że jeśli człowiek jest ze sobą szczery to wszystko może się ułożyć po jego myśli. Gorzej, jeśli tej szczerości jest za dużo na raz, a człowiek zdaje sobie nagle sprawę, że scenariusz jego jego teraz i jego kiedyś był pisany ze skrzyżowanymi palcami. Że oszukiwało się samego siebie przez tak długi czas.

Ten nieszczęsny stetoskop to jednak diabelskie narzędzie. Powinni do niego dołączać takie ulotki, no wiecie, że przed użyciem należy skonsultować się z... no właśnie, z kim? Chyba nie ma żadnego specjalisty od serca bardziej metafizycznego, niż kardiolog.

Dlaczego tak trudno to powiedzieć? Czemu te słowa tak niechętnie przechodzą przez gardło? Dlaczego wciąż dajemy się skrępować temu, co właściwe, zamiast zrobić to, co tak naprawdę zrobić należy?

I jak to się dzieje, że miłość i związek nie idą ze sobą w parze, a występują, oba, tylko że oddzielnie?

Może nie jestem gotowa myśleć "my" zamiast "ja"? Może nie jestem gotowa zaangażować bardziej swojego serca niż umysłu? A może właśnie angażuję swój umysł za bardzo, zamiast pozwolić, by to serce grało pierwsze skrzypce? 

Zawsze łatwiej jest nie robić nic niż (wreszcie) coś zrobić. Nawet, jeśli to "coś" kotłuje się w nas już od dawna i tylko czeka, aż pozwoli mu się wyjść na światło dzienne. 

Chyba powinnam skorzystać z własnej rady i znaleźć puzzle, do których dla odmiany pasuję. A może już znalazłam. A może...

Kiedyś mówiłam sobie "don't say it's over so soon". A teraz? A teraz zostało "the sweet feeling's gone". I "but to wait just betrays what's to come".