W wieku jakichś czternastu lat przeczytałam pierwsze w życiu denne romansidło, które, muszę przyznać, wywarło na mnie wówczas naprawdę spore wrażenie. Chodzi o "Przebojową dziewczynę" autorstwa Karen Robards.
Choć książka sama w sobie była raczej głupawa, wciąż noszę gdzieś w duszy jeden pochodzący z niej motyw, który zwyczajnie nie daje o sobie zapomnieć. Autorka cytuje jakaś bliżej nieokreśloną piosenkę country, w której była rzekomo mowa o tym chłopaku, który "zabrał kredki, a dał perfumy". O tym, chłopaku, który przeprowadził nas z dzieciństwa do dorosłości, niczym Charon duszę zmarłego przez Styks, a tym samym wyrył w naszym sercu swoje imię, i to szczerozłotymi zgłoskami. O tym, który po raz pierwszy sprawił, że poczułyśmy się kobietami.
Okazuje się, że takie dziewczęce serce, zwłaszcza małoletnie, jest jak kora drzewa, na której słowa raz wyryte nożem pozostają już na zawsze. Podobnie w moim sercu wciąż zalegają zwały dawnych uniesień, nieznacznie przysypane świeżą warstewką odniesień do tego, co było pierwsze i w pewien sposób pierwotne.
Nic już nie może istnieć we mnie w oderwaniu od tego, czego już nie ma. Choć minęło tyle lat, to wciąż nowość spada na dno serca, a na wierzchu pozostaje to, co dawno powinno było minąć.
A skąd te wszystkie rozważania? Stąd, że odważyłam się ostatnio na szczerość ze sobą samą.
Nie można tłumić w sobie prawdy. Serce to nie wiertarka. Niech bije głośno i swoim rytmem, nie potrzebuje odpowiedniej pory, a wścibskim sąsiadom nic do tego. Rozum niech służy jedynie za podporę. Nie dajmy mu się ponieść.
Przez cały ten czas łudziłam się, że odrzucenie tych wszystkich cech, które skłoniły mnie do oddania kredek i przyjęcia perfum jest właściwą drogą. Łudziłam się, że miłość może być wyważona. Łudziłam się, że przez życie można iść rozsądnie i bez uniesień. Może i można... ale po co?
I tak oto żegnam się z Wami, rozczulona i roztęskniona za tą, którą kiedyś potrafiłam być i którą, jak głęboko wierzę, jeszcze kiedyś będę.
TAGS :
0 comments